Biuro karier
Rekrutacja
Kontakt
Wyższa Szkoła Promocji


Logowanie studentów
Użytkownik
Hasło
 

Patroni






           Fraszka na dziœ:
          


Wywiad z Panem Rektorem

 

Człowiek twardo stąpający po ziemi, o duszy menadżera, u którego egzamin spędza sen z powiek pierwszoroczniakom. Przyznaje się do ciągłego bycia na diecie, aczkolwiek nie potrafi oprzeć się sushi. Swoją działalność menadżerską rozpoczął od organizowania wypadów do teatru dla znajomych ze szkoły i tak mu to weszło w krew, że postanowił stworzyć funclub zespołu Aya RL, a po latach założył Wyższą Szkołę Promocji.

Co absolwenta anglistyki skłoniło do powołania szkoły reklamy, jak widzi jej przyszłość oraz czego się boi i co go zawstydza dowiecie się czytając wywiad z Rektorem WSP, dr hab. Adamem Grzegorczykiem, z którym rozmawiały Marta Gorzelewska i Katarzyna Zajączkowska

Uśmiechnięci wykładowcy i zdolni studenci

Panie Rektorze, ma Pan duszę artysty czy menadżera twardo stąpającego po ziemi?

Nie mam duszy artysty. Wielokrotnie pracowałem z artystami w związku z czym wiem, na czym polega osobowość artysty, specyfika charakteru i wypaczeń takiej duszy. Ja jednak w tego rodzaju relacjach zajmowałem się zarządzaniem różnymi sprawami i organizowaniem pewnych pomysłów. Myślę, że łączę w sobie znajomość istoty działalności artystycznej z umiejętnościami zarządzania procesem powstawania wytworów artystycznych. Na tak postawione pytanie, nie mając wyboru, odpowiem, że zdecydowanie mam duszę menadżera.

W początkach kariery był Pan menadżerem zespołów muzycznych, dziennikarzem miesięcznika muzycznego, dyrektorem festiwalu w Jarocinie. Jak zaczęła się Pańska przygoda z muzyką?

Przygoda z muzyką zaczęła się w I klasie liceum. Kończyłem dość nietypowe liceum im. Mikołaja Kopernika. Było to jedyne liceum w Warszawie, które prowadziło zajęcia w języku angielskim, dlatego klasy składały się głównie z osób, które spędziły jakąś część swojego życia poza Polską. Szkołę tę charakteryzował dość interesujący ferment artystyczny. W pewnym momencie, wspólnie z kolegą wymyśliłem, że byłoby dobrze skierować wysiłki organizacyjne w tej szkole na teatr. Skontaktowaliśmy się z kilkoma teatrami warszawskimi i zajmowaliśmy się zakupem dla szkoły biletów na przedstawienia. Biletów tych jednak nie można było kupić, tak jak dzisiaj, w kasie. Wymagało to sporo zabiegów, takich jak chociażby poznanie pani bileterki, dowiedzenia się którego dnia bilety będą wyłożone w kasie, przy czym one i tak nie będą do zakupienia. Musieliśmy oczywiście przeprowadzać w szkole wśród kolegów badania dotyczące tego, ile z tych osób chciałoby się wybrać i w jakim terminie na spektakl. I to zaczęło się tak powoli kręcić. Później wymyśliłem, że byłoby dobrze sprowadzać artystów do szkoły.

Nauczyciele wspierali takie pomysły?

Wspierali i inspirowali. Moim wychowawcą był Paweł Jastrzębski, fizyk, ale również muzyk z zamiłowania, grał na skrzypcach w zespole muzyki irlandzkiej. To on mnie zachęcił do organizacji fanclubu, ale nie zespołu takiego jak Lady Punk, których było sporo. Pojawił się wtedy nowy zespół, który nazywał się Aya RL. Grał dość dziwną, progresywną muzykę, łączącą w sobie elementy muzyki elektronicznej i rocka, a wokalistą tego zespołu był Paweł Kukiz. I tak na początku roku szkolnego 1994/95, dzięki mojemu wychowawcy, nawiązałem kontakt z menadżerem tego zespołu, Walterem Chełstowskim. Walter był również dyrektorem festiwalu w Jarocinie oraz właścicielem studia nagraniowego. Przez jakiś czas nagabywałem go o to, żeby w naszej szkole otworzyć taki fanclub, a później jakoś tak się złożyło, że zacząłem bywać u niego w studiu prawie każdego popołudnia. Po jakimś czasie Walter stwierdził, że może bym tak nie przesiadywał bezproduktywnie i żebym zajął się czymś konkretnym. I tak zacząłem się zajmować prowadzeniem korespondencji zawiązanej z festiwalem w Jarocinie, drobnymi sprawami zespołów, które nagrywały w tym studiu, organizowałem im koncerty. Po jakimś czasie okazało się, że kilka z tych zespołów np. Piersi, gdzie śpiewał Paweł Kukiz, ceni to sobie na tyle, że chciałoby żebym zajmował się ich wszystkimi sprawami. Po kilku miesiącach współpracy z Walterem zacząłem jeździć do Jarocina, gdzie już formalnie pełniłem funkcję asystenta dyrektora, zacząłem prowadzić audycje w Rozgłośni Harcerskiej, pisywałem do miesięcznika muzycznego "Non-Stop".

Czy te doświadczenia muzyczne przydają się w Pańskim dzisiejszym życiu zawodowym?

To nie tyle doświadczenia muzyczne, co okołomuzyczne i organizatorskie. One zdecydowanie dziś procentują. Procesy te w każdej dziedzinie są zbliżone, sposób obcowania z ludźmi, nawiązywania kontaktów, motywowania ludzi do jakiejś aktywności, zarządzania sytuacjami kryzysowymi, które w dziedzinie muzyki pojawiają się dość często, jak wyrwana umywalka w hotelu w Opolu, przez któregoś z bardziej porywczych artystów.

... i silnych. Ale to chyba nie Pan musiał ją później zamontować?

Wtedy były takie umywalki, że wyrwanie nie wymagało nawet wielkiej siły. To był akurat dość niepozornego wzrostu artysta, wyrzucił ją z czwartego piętra przez okno. Już nie było czego montować. No, ale to wszystko sprowadza się do tego, że tymi procesami trzeba zarządzać ze wszystkimi konsekwencjami i miłymi stronami. Menadżer jest osobą mniej spektakularną. Musi być przede wszystkim skuteczny, ważne jest, aby potrafił wynegocjować odpowiedniej wartości kontrakt albo zapewnić, że na koncercie pojawia się to, co artyście do występów jest potrzebne. Te doświadczenia przydały się w pracach, którymi zajmowałem później, czyli m.in. sponsoringu i też w tym, czym zajmuję się w tej chwili. To, że na zajęcia przychodzą wykładowcy, że sale podane w planach studentom dziwacznie pokrywają się z salami, które w swoich planach mają prowadzący, to też jest funkcja zarządzania. Musi się to wszystko w odpowiedni sposób poskładać. I jeszcze to, że wykładowcy przychodzą na zajęcia uśmiechnięci jest też efektem motywowania i nawiązywania dobrych relacji.

Kilka lat temu dostrzegał Pan niedoskonałości polskiego rynku reklamy, promocji i dlatego zaczął Pan pracę u podstaw, stwarzając Wyższą Szkołę Promocji?

Stworzenie WSP było konsekwencja wcześniejszych dziesięciu lat działań. W 1993 roku założyłem Policealne Studium Reklamy, pierwszą instytucjonalną organizację, która zajmowała się kształceniem w dziedzinie reklamy. Było to o tyle ciekawe, że nie istniał zawód, w którym można byłoby w tej dziedzinie kształcić. Dopiero w 1995 roku, za moją namową, paradoksalnie w Instytucie Chemii Przemysłowej, powstał opis zawodu "technik organizacji reklamy". Ja byłem współautorem tego opisu i na tej bazie Minister Edukacji Narodowej dopiero w 1997 roku dopuścił moją dokumentację do eksperymentalnego kształcenia w tym zawodzie. Na tej podstawie mogliśmy zacząć wydawać dokumenty z tytułem "technika organizacji reklamy". Natomiast z czasem okazało się, że cykl i zakres kształcenia na poziomie technika nie jest wystarczający z punktu widzenia potrzeb pracodawców i kwalifikacji niezbędnych dla wykonywania pracy. Stąd też od 1998 roku rozpoczęły się działania zmierzające do utworzenia uczelni wyższej.

I nastał czas prawdziwie pionierskiej pracy?

Pojawiło się rzeczywiście sporo problemów, ponieważ nie było kadry naukowej, która zajmowałaby się tą zupełnie nową w Polsce tematyką. Nie było profesorów od reklamy i stąd, aby uzyskać uprawienia do prowadzenia szkoły wyższej, trzeba było dotrzeć do samodzielnych pracowników naukowych, którzy prowadzili działalność w dziedzinach maksymalnie pokrewnych temu, jak chcieliśmy rozumieć pojęcie reklamy. Byli to specjaliści z zakresu historii sztuki, socjologowie, specjaliści z dziedziny nauk ekonomicznych. Szczęśliwie okazało się, że wniosek złożony do ministerstwa spełnia wymogi utworzenia uczelni i Wyższa Szkoła Promocji mogła powstać.

Co Pan Rektor sądzi o studentach w naszej uczelni? Czy spełniamy Pańskie oczekiwania i wyobrażenia studenta reklamy?

Jest sporo studentów, którzy spełniają moje oczekiwania.

Trudno jest mi mówić o całym ogóle studentów, nie wszystkich znam. Mogę oceniać studentów na poziomie wykładu i egzaminu, który prowadzę. Zastrzegam sobie opcję prowadzenia egzaminów poprawkowych w formie ustnej, właśnie po to, żeby lepiej studentów poznać. Natomiast to, co bardzo sobie cenię to wiedza studentów, którzy kończą studia. Oceniając poziom obron prac dyplomowych, w których uczestniczyłem, mogę sądzić, że nasi studenci są dobrze przygotowani do tego, aby podjąć pracę. Tak w sferze prac, jak i wiedzy, którą studenci reprezentują podczas egzaminów dyplomowych, mogę powiedzieć, że moje oczekiwania w ogromniej większości wypadków są spełnione, a na podstawie opinii osób, które uczestniczą w analogicznych egzaminach na innych uczelniach, że na pewno nie mamy się czego wstydzić. Nasza praca licencjacka zdecydowanie wykracza poza to, czego oczekuje np. Szkoła Główna Handlowa, a z samego faktu, że nasz egzamin trwa zwykle pomiędzy 30-40 minut możemy wnioskować, że zakres treści, którą student musi przyswoić jest znacznie większy niż na egzaminie licencjackim także i na państwowych uczelniach. Pod takim względem cenię naszych studentów, przy czym doceniam też, że są młodzi, zdolni i atrakcyjni.

Można więc sądzić, że absolwenci, którzy opuszczają mury tej szkoły mają predyspozycje do bycia przyszłymi twórcami reklam, sprawnymi menadżerami, pionierami nowoczesnych metod promocji?

Zadowolenie jest wrogiem motywacji, w związku z tym powiedzmy sobie tak, że w większości przypadków mam satysfakcję z kwalifikacji, umiejętności tych osób, które kończą nasze studia, co nie oznacza, że nie będziemy walczyć o to, aby ten poziom był wyższy, bo do tego to się zawsze musi sprowadzać.

Czy dzisiejszy student różni się od studenta z Pańskich czasów akademickich?

Nie wiem, jak to jest z wami. Kiedy studiowałem, z tego, co pamiętam, nie miałem na nic czasu. To może też trochę z tego powodu, że kończąc studia już właściwie pracowałem. Studiowałem w trybie dziennym, natomiast jednocześnie pełniłem funkcje związane z prowadzeniem zespołów i mało miałem czasu na studiowanie. Anglistyka nie była tym rodzajem studiów, przez który można było przejść nic nie robiąc. Myśmy sobie żartowali ze studentów Politechniki, że oni mogą studiować nie ucząc się. Stopień przyswojenia obcego języka i wiedzy o tym języku można dość łatwo zweryfikować, a anglistyka była znana z tego, że łatwo było z niej odpaść. Musieliśmy sporo się uczyć. A kiedy już weszły przedmioty specjalizacyjne i seminarium to trzeba było rzeczywiście dość mocno pracować. Nie pamiętam życia studenckiego, czyli imprez. Nigdy nie mieszkałem w akademiku, nie wiem jak to wtedy wyglądało, podobno było dość radośnie. Moje życie studenckie sprowadzało się do tras koncertowych, które odbywałem z zespołami i tam już było wystarczająco zabawnie. Ale w zasadzie chyba niewiele się pod tym względem zmieniło. Główna różnica jest chyba taka, że w czasach, w których ja studiowałem mniejsze znaczenie miał pieniądz, walka o to, żeby podczas studiów móc sobie coś zarobić, bo nie było trzeba. Warunki ekonomiczne były inne, łatwiej było się utrzymać. W tej chwili nawet studenci dzienni masowo podejmują zatrudnienie po to, żeby sobie zarobić na dość podstawowe potrzeby. Myślę, że z tego punktu widzenia to się zmieniło.

W jakim kierunku rozwijać się będzie nasza uczelnia? Jakie są plany na najbliższą przyszłość?

Plany są różnorodne. Pierwszy element planu dotyczy statusu uczelni i rozszerzenia naszych uprawnień o prowadzenie studiów magisterskich. Kończymy opracowywać wniosek o te uprawnienia i chcielibyśmy z końcem listopada złożyć go do Ministerstwa Edukacji Narodowej i Sportu. Wiemy, że są przygotowywane nowe standardy kształcenia na kierunku Zarządzanie i Marketing, stąd chwilę jeszcze zwlekamy, żeby do nich dotrzeć, aby zostały uwzględnione w naszej dokumentacji. Z drugiej strony przez cały czas rozwijamy się kadrowo, zatrudniamy kolejne osoby, które rozszerzają potencjał intelektualny uczelni, jak i dają dodatkowe uprawnienia, bo prowadzenie studiów magisterskich to nie jest wyłącznie kwestia innego dokumentu uzyskanego na koniec kształcenia. Uczelnia taka ma obowiązek realizować działalność naukową. Dotychczas myśmy takiej obligacji nie mieli, choć działalność ta była realizowana na naszej uczelni w całkiem sporym zakresie, odbywały się konferencje naukowe, publikowaliśmy materiały pokonferencyjne, ukazywała się "Promenada". Teraz pracujemy nad szczegółowym planem działalności naukowej na najbliższy czas.

Jeśli dokument o utworzeniu studiów magisterskich zostanie pozytywnie rozpatrzony, to kiedy te studia zostaną wprowadzone? Czy studenci obecnego trzeciego roku, będą mieli jeszcze szanse rozpocząć studia magisterskie od nowego roku akademickiego?

Okres rozpatrzenia decyzji, który nam oznajmiono w ministerstwie to około 6 miesięcy. Jeśli sobie założymy, że uczelnia do końca listopada złoży taki wniosek, i wszystko będzie się odbywało zgodnie z prawem i procedurami, to do końca maja powinniśmy mieć decyzję. Wówczas od października będziemy ruszali z takimi studiami. Nie mogę obiecać, że tak będzie, bo jest to kwestia decyzji administracyjnej wydanej przez ministerstwo, ale takie mamy plany.

Oczywiście to nie jedyne plany rozwoju?

Drugi dotyczy utworzenia dodatkowych specjalności kształcenia. Przygotowaliśmy dokumentację do prowadzenia specjalności "Public Relations". Jest ona gotowa do realizacji, przy czym nie składaliśmy jej do MENiS dlatego, że stwierdziliśmy, że priorytetem są studia magisterskie. Uczelnia prowadząca takie studia może sama w ramach kierunku tworzyć specjalności. Stąd uzyskanie tych uprawnień będzie oznaczało tyle, że uczelnia na poziomie rady wydziału może podjąć decyzje o utworzeniu specjalności. Pracujemy także nad dokumentacją do specjalności "Multimedia", łączącej w sobie elementy zarządzania komunikacją z informatyką. Chcemy, aby studenci posługiwali się umiejętnościami informatycznymi, ale w celach organizacji procesów komunikacyjnych.

Wiele mówi się o zmianie lokalizacji uczelni?

To kolejny nasz cel, powiedziałbym socjalny. Wciąż poszukujemy własnego budynku czy lokalu, żebyśmy mogli inwestować w ten budynek, tak jak nam to będzie pasowało. W obecnym budynku jesteśmy gośćmi i wprawdzie miło nam w nim, natomiast organizacja np. pewnych gabinetów specjalizacyjnych tj. studio nagraniowe, pracownia fotograficzna, póki co o tyle nie jest możliwe w wymiarze w pełni profesjonalnym dlatego, że powinny to być inwestycje czynione pod kątem konkretnego obiektu. Liczymy na to, że ten najbliższy rok przyniesie nam rozwiązanie w postaci obiektu, który uczelnia będzie mogła zakupić. Z założenia musi to być obiekt o równie dobrej lokalizacji. Uczelnia z samej swojej misji chce się mieścić w centrum. Tu jest pewien problem.

Na zakończenie chciałybyśmy prosić Pana Rektora o dokończenie następujących zdań:

Rzeczą, bez której nie mógłbym żyć jest ... samochód

Na bezludna wyspę zabrałbym ze sobą ... notebook

Zawstydza mnie ... nic

Nie toleruję ... chamstwa

Największym dla mnie autorytetem jest ... nie mam autorytetu, ale osobą, której wiele zawdzięczam jest Walter Chełstowski

Moja pierwsza miłość miała oczy koloru ... niebieskiego oczywiście :)

Największym dla mnie sukcesem było ... napisanie mojej książki doktorskiej

Moje pierwsze pieniądze zarobiłem ... z kolegą na sianokosach w ósmej klasie (albo żniwach, nie pamiętam) :/

Boję się ... snu, w którym jadę windą w górę i ona się nie zatrzymuje

Chciałbym zmienić w sobie ... temperament, żebym był trochę bardziej spokojny, no i ciągle jestem na diecie

Głowa mnie boli od ... alkoholu

Ulubiony napój to ... herbata

Ulubiony dzień to ... Wigilia

Ulubiona potrawa to ... ostatnio sushi



Dziękujemy bardzo za rozmowę.



Dziękuję.