Biuro karier
Rekrutacja
Kontakt
Wyższa Szkoła Promocji


Logowanie studentów
Użytkownik
Hasło
 

Patroni






           Fraszka na dziœ:
          


O żywych i martwych

 

Tu na Ziemi dane nam są dwa życia. Pierwsze jest biologiczne. Rodzimy się, dorastamy, doznajemy bólu i przyjemności, przeżywamy własne i cudze dramaty. Są też radości i uniesienia, chwile wzruszeń i zadumy. Życie to jest nieustanną walką, nie tylko o przetrwanie - despotycznie motywowane instynktem samozachowawczym, czymś egzystencjalnie banalnym - lecz jest także zmaganiem się z własną naturą o wyniesienie ponad byt czysto przyrodniczy. Jest to bitwa o życie sensowne, by jakoś zaznaczyć swoje istnienie w świecie. W życiu takim urzeczywistnia się cele w hierarchii stojące wyżej niż ono samo. Wartość czyjegoś istnienia mierzona jest wtedy stopniem realizacji takich celów.

Potem przychodzi śmierć - kres biologicznej egzystencji. Ale zarazem jest to początek życia drugiego - w pamięci naszych bliskich, przyjaciół, znajomych. Trwa ono tak długo, jak długo pozostajemy w ich sercach. "...Gdy tam zanikniemy, nastąpi wówczas śmierć (...) dla nas druga, tym razem już ostatnia" - jak napisał wielki filozof w jednym z najpiękniejszych w polszczyźnie epitafiów [T. Kotarbiński, Po zgonie Władysława Weryhy].

Były i są wśród nas osoby, których to drugie życie ma jeszcze inny wymiar: mierzone jest czasem pamięci narodu. Tu możliwa jest realna nieśmiertelność. Jest ona udziałem nielicznych, lecz wielkich postaci. Zaznaczyły się one w dziejach albo jako sprawcy demonicznego zła, albo budowniczowie lepszego świata. O pierwszych staramy się zapomnieć, drugich czcić. Obrońcy ojczyzny i wiary, apologeci rodzimej ziemi i mowy, geniusze nauk i sztuk stwarzają poczucie dumy każdego narodu. Z drugiej strony, pamięć o nich jest główną siłą, dzięki której narody trwają. Naród tworzą nie tylko żywe biologicznie jednostki oraz te, które dopiero się narodzą, lecz także ci, którzy odeszli fizycznie, ale są żywi w duszach rodaków. Kultywowanie zbiorowej pamięci jest więc warunkiem koniecznym istnienia wspólnoty narodowej, a więc i najwyższej kultury. Nie ma bowiem kultury światowej, jedynie poszczególne narody emanują rzeczy wielkie. Świadomość tego faktu jest dzisiaj aż nadto oczywista i szczególnie ważna. Coraz bezczelniej i z coraz większym fanatyzmem dochodzą bowiem do głosu siły nawołujące do zniszczenia więzi rodzinnych i narodowych. Odwołują się przy tym do przewrotnych haseł, takich jak "walka z ksenofobią", "nieograniczona tolerancja", "porozumienie bez barier" czy "prawa człowieka".

Pamięć o wielkich, którzy odeszli jest udziałem każdego, kto czuje się Polakiem; każdego, komu zależy na tym, by jego naród nie rozpłynął się w tle innych nacji. Pamięć tę wyrażamy praktycznie i zbiorowo w kultywowaniu rodzimej tradycji. Szczególnym tego wyrazem jest obchodzone w Polsce - na skalę niespotykaną wśród innych ludów - Święto Zmarłych. Jak napisał o tym, zmarły niedawno wieszcz: "Być może wytworzyła się tutaj własna forma religii, nieco zbliżona do chrześcijaństwa, ale bardziej podobna do animizmu, którego sednem jest, jak wiadomo, kult przodków i łączność z ich duchami" [O podróżach w czasie, s.152]. U nas na cmentarzach, przy grobach bliskich, z wyjątkową siłą uświadamiamy sobie naszą z nimi więź, a przy mogiłach wielkich Polaków - dumę wspólnotową stanowiącą z nimi jakąś communio sanctorum.

Nie tyle jest to rys pogański, co odwieczny rys natury ludzkiej, który chrześcijanie nazywają "świętych obcowanie". Można by też rzec: tak jak w epokach wojen i plag naród manifestuje się wobec wspólnego wroga, tak w czasach pokoju i dobrobytu materializuje go tylko biologiczna śmierć jego największych synów. Nawet nikczemne swary nad trumną, które w końcu zamierają, potwierdzają tylko ten stan rzeczy. Widać wówczas naród niemal gołym okiem, jak w trakcie pogrzebu przywołanego wyżej Czesława Miłosza.

Wśród wielu cmentarzy, rozsianych po naszej i cudzej ziemi, wyróżniają się stare Powązki. Tu spoczywają szczątki tych, którzy wciąż są obecni w naszym życiu - niektórzy od ponad dwustu lat. Tu przebywają Hugo Kołłątaj i bohaterowie powstańczych zrywów; wielcy poeci - jak Leśmian, Staff i Wierzyński; wielcy pisarze - m.in. Prus, Reymont, Dąbrowska i Wańkowicz; filozofowie światowego formatu - Elzenberg, Ajdukiewicz, Tatarkiewicz, Leśniewski, wielcy malarze - jak Podkowiński - i kompozytorzy - na przykład Moniuszko i Wieniawski. Duchy największe z największych. Kto z nas nie posiada choćby jednego wspomnienia z lektury "Chłopów" czy "Lalki"; kto nie potrafi zanucić pierwszej frazy "szumią jodły..."? Ten wspólny majątek, co niespotykane w obszarze własności, jednoczy nas - właśnie jako Polaków.

Jestem osobiście związany z Powązkami poprzez ducha nauczyciela mojego nauczyciela, Henryka Elzenberga, wędrującego po nich od trzydziestu już siedmiu lat. Ciągle żywe są dla mnie i jak przypuszczam dla moich studentów Jego myśli. Pozwolę sobie przywołać tu chociaż kilka - z głowy, w której jakoś zostały one wytrawione:

... ojczyzna, za którą się nie walczy, przestaje być ojczyzną;

Instynkt samozachowawczy jest szkodliwy, bo zatraca wszelką radość;

Radować się życiem można tylko lekceważąc je;

... śmierć w żaden sposób sama przez się nie jest nieszczęściem, tak samo, jak życie samo w sobie nie ma żadnej wartości;

Dusza nie jest potrzebna do tego, żeby była nieśmiertelna, lecz do dwóch rzeczy: żeby była wolna i żeby była sędzią rzeczywistości;

Czysta sztuka i czysta nauka to jedyne czyste rzeczy na świecie;

Człowiek jest istotą słabą, więc kocha...

Te niebanalne aforyzmy opierają się przemijaniu podobnie jak spiżowe i kamienne monumenty.

Wyartykułowane tutaj myśli stanowią, jak sądzę, jakąś próbę metafizycznego uzasadnienia zrodzonych we mnie uczuć szacunku i powagi wobec chwalebnej inicjatywy zaopiekowania się Powązkami przez Wyższą Szkołę Promocji. Raz jeszcze oddam głos Poecie, u którego znajduję tak bliskie mi słowa (z jego ostatniej książki).

"Ten wymiar mijającego czasu jest, trzeba przyznać, czymś wysoce zdumiewającym. Zmienia on społeczność ludzką w zbiorowisko istot świadomych przemijania i usprawiedliwia słowa Koheleta o marności wszechrzeczy. Zarazem wyrywa nasz gatunek spod władzy biologii. Świadomość jest jej przeciwna, włącza przemijanie ludzi i rzeczy w tkaninę, której nie znają słonie, tygrysy i małpy. (..). Dzięki owej tkaninie mamy poczucie przynależności do wspólnoty narodowej, religijnej i cywilizacyjnej" [Cz. Miłosz, Spiżarnia literacka, s. 129].

Zbigniew Musiał